Liverpool was made for me and I was made for Liverpool. Bill Shankly
Blog > Komentarze do wpisu
Miało być zbawienie, jest koszmar

Miarka się już chyba przebrała. To co się dzieje w zarządzie Liverpoolu jest już po prostu gorszące. Taka sytuacja nie przystoi żadnemu klubowi - a już na pewno nie Liverpool Football Club.

 Narasta spór między między wszystkimi osobami, które zarządzają klubem. Oto w skrócie o co chodzi w całym tym koszmarnym spektaklu:

1. Wszystko zaczęło się ponad rok temu, gdy Tom Hicks i George Gillett kupili Liverpool od wieloletniego właściciela klubu - Davida Moores'a (rodzina Moores'ów związana jest z Anfield od dziesiątek lat). Zapowiedzieli między innymi wzmocnienie zespołu (latem ufundowali transfer Torresa), budowę nowego stadionu (to najważniejsze) i że nie będą się wtrącać w sprawy piłkarskie. Ogólnie miała być sielanka, finansowa bajka itp., itd.

                       

 

2. Po dobrym starcie nowego sezonu "The Reds" wpadli pod koniec roku w kryzys, który praktycznie wyeliminował ich z walki o tytuł. W prasie pojawiły się wtedy informacje, jakoby Amerykańscy właściciele LFC spotkali się w USA z Jurgenem Klinsmannem w sprawie jego ewentualnej pracy na Anfield po zwolnieniu/odejściu Beniteza. 

                                            

3.  W tym czasie znacznie osłabła pozycja Rafy Beniteza. Hiszpan coraz częściej podkreślał w wywiadach że na Anfield czuje się świetnie, jeszcze dużo tu chce osiągnąc i tak dalej. Wydawało się, że jego dni są policzone.

                                      

 

4. W okolicach lutego nastąpił chyba najważniejszy moment od kiedy Amerykanie zostali właścicielami LFC. Postanowli oni bowiem zaciągnać kredyt na budowę nowego stadionu na klub Liverpool. Oznaczałoby to, że gdyby coś się nie powiodło, Hicks i Gillett umywają od tego ręce, bez żadnych strat wycofują się z inwestycji, a cały dług i problemy zostawiają w klubie i z klubem.

5. Na to wściekają się kibice, którzy w obawie przed machlojkami Amerykanów postanawiają od nich odkupić klub. Zakładają stowarzyszenie shareliverpool.co.uk, które zbiera fundusze na odkupienie klubu. Na dzień dzisiejszy zebranych jest ponoć ponad 70 mln funtów. Potrzeba 500 mln.

6. Do gry wkracza DIC (Dubai International Capital) - wielka spółka finasnowa, która Liverpoolem zainteresowana była już przed Amerykanami. Widząć finansowe problemy Hicksa i Gilletta składają propozycję odkupienia klubu.

7. Zniechęcony całą tą sytuacją i nienawiścią ze strony kibiców, George Gillett (na górnym zdjęciu z lewej) zgadza się na sprzedaż swoich udziałów. Okazuje się jednak, że umowa kupna była tak skonstruowana, że jeden z Amerykanów nie może sprzedać swoich udziałów bez zgody drugiego. A Hicks nawet o tym nie chce słyszeć.

8. W ferworze kłotni okazuje się, że były dwa, a nie jedno, spotkania (patrz punkt 2.) z Klinsmannem. W jednym z nich uczestniczył zaś również Rick Parry - dyrektor wykonawczy klubu, związany z Liverpoolem od ponad 10 lat, jego pozaboiskowa ikona. Parry, powienik Liverpoolowskiej tradycji we władzach klubu, zachowuje się tak, że chyba Bill Shankly przewraca się w grobie.       

                                                                  

 9. Zachowanie Parry'ego wzbudza wściekłość Beniteza, który stracił w ten sposób zaufanie do najbliższego współpracownika z zarządu. 

10. Tom Hicks wysyła list (!) do kibiców "The Reds" w którym oznajmia, że spotkania z Klinsmannem były pomysłem Gilletta i Parry'ego. Kibice średnio mu wierzą. Na forach czuć jednak, że uwielbiany dotąd Rick Parry zaczyna wzbudzać kontrowesje.

11. Hicks oświadcza, że szykuje ofertę na odkupienie udziałów Gilletta. Przy okazji oznajmia, że Parry powinien podać się do dymisji. Jak mówi Hicks: "Parry niczego nie potrafi zdziałać. Nie mamy stadionu, choć powinien już być gotowy. Mamy dwóch czy trzech wielkich sponsorów - powinniśmy ich mieć kilkunastu. Nasi kibice w Azji nie widzieli nas już od lat, a przecież to tam są zakopane największe pieniądze. Parry nie zrobił niczego, ażeby Liverpool pod względem finansowym zrobił choć kroczek w kierunku Man Utd bądź Barcelony." 

12. Rick Parry oznajmia, że nie ma zamiaru poddawać się do dymisji. Zmusić go do tego może tylko  sześcioosobowy zarząd klubu. Zasiadają w nim: Parry, Moores (były właściciel, przyjaciel Parry'ego), Gillett, syn Gilletta, Hicks i syn Hicksa. Czyli 4:2 dla Parry'ego.

13. Pat i medialne wymiany uprzejmości trwają nadal.

I dziwi tylko, że w tej atmosferze udało się "The Reds" awansować do pólfinału Ligi Misztrzów. 

czwartek, 17 kwietnia 2008, napior8
Komentarze
2008/04/17 19:28:36
od początku to przeczuwałem
-
2008/04/17 19:30:37
Ps. pozdrawiam Szanownego Pana Redaktora :), wreszcie udało mi się zalogować - Kowal :)